3 dni z ptakami Kaliforni – Temescal i Los Liones

Krótka historia o krzaczastych pagórkach i w suchych jak pieprz dolinach. Kanion Temscal i wzgórza Los Liones z naszym gospodarzem, panem Jankiem Szupińskim. Inna roślinność, inne powietrze, nawet światło inne niż na nadmorskich mokradłach. Zmiana siedliska i zmiana zestawu gatunków.

Na szybki rekonesans wybrałem się po południu, po całym dniu spędzonym nad morzem. (Autobusy, z których tak chętnie korzystałem, woziły głównie bezdomnych, imigrantów i emigrantów słowem osoby, które niekoniecznie było stać na kupno auta. Klasa średnia nie występuje w komunikacji miejskiej). Miałem niecałe dwie godziny do oficjalnego zmierzchu, ale tu słońce kryło się za grzbietami wzgórz znacznie szybciej. Tuż koło przystanku zachwycił mnie wspaniały dzięciur żołędziowy, Acorn woodpecker, z okiem jak u naszego dzięcioła czarnego i kontrastowym rysunkiem na głowie. Jak tu nie porównywać skoro to się ciągle narzuca…

W koronach drzew hasały sikory kalifornijskie, Oak titmouse, rezolutne jak czubatki.

W zapadającym zmierzchu wszędzie słychać było nawoływanie puzików, Wrentit: „tłi-tłi-tłi-łiłiłi”. Wyje jak syrena, ale nie sposób go wypatrzeć, kiedy śpiewa z gęstwiny. Nachodziłem się za puzikiem i efekt był gorzej niż marny.

Tuż przed zmierzchem zdybałem jeszcze strzyżyka myszatego, Bewick’s wren. Prawie jak nasz, może dziób trochę dłuższy, a ogon mniej zadarty. Następnego dnia udało mi się zrobić trochę wyraźniejsze zdjęcie.

Nazajutrz byłem na miejscu wcześnie, ale słońce oświetlało już większość doliny. Wspinałem się szybko na wzgórze, ale mogłem poruszać się tylko wąską ścieżką, na której musiałem stale mijać się z biegaczami. Nie sposób było zejść z wydeptanej dróżki, krzewy tworzyły gęstą, nieprzenikalną ścianę. Przed oczami miałem tylko szlak, niebo i szczyty zarośli. Ptaki szurające w liściach podszytu pozostawały niewidoczne. Uderzające są różnice kontrastów – ciemności chaszczy i wypalone słońcem nagie skały.

Od razu rzucają się w oczy głośne i kolorowe modrowronki kalifornijskie, California Scrub Jay. Coś jakby połączenie sójki ze sroką. Towarzyskie, niezbyt płochliwe, wszędobylskie.

Kilka razy mignął mi bardzo skryty, niepozorny drozdek samotny, Hermit trush. To kolejny ptak, którego częściej się słyszało niż widziało.

W zaroślach szurały wśród liści (zupełnie jak nasze kosy) ziemnołuszcze kalifornijskie, California Towhee

i piękne pipile czarnogrzbiete, Spotted Towhee. Krewniacy to i szurają podobnie.

I jeszcze jeden sparrow, który nie ma nic wspólnego z wróblem – pasówka złotołbista, Golden-crowned Sparrow. A propos nowego Lumixa – ostrzenie na trybie manualnym bardzo udane, chociaż focus peaking (podświetlenie krawędzi) jest mniej dokładny niż w aparacie Fuji, który testowałem. Tu akurat trafiłem.

I wyżej, tym było goręcej i ciszej. Wycofałem się na dno doliny, tam wśród wielkich, rozłożystych eukaliptusów było zupełnie znośnie. Po pniu śmigał pełzacz, prawie taki jak nasz, tylko amerykańki, Brown treecreeper. Pięknie się wpasował w ten romantyczny wandalizm.

Na szczytach drzew siedziały grubaśne gołąbczaki pręgosterne, Band-tailed pigeon. „Jak grzywacze” powiecie, a ja przytaknę.

Wśród liści kryły się lasówki zielonkawe, Orange-crowned warbler, bardzo podobne z wyglądu i zachowania do naszych świstunek.

Pewien niedosyt zostawił dzięcioł różowoszyi, Northern flicker, którego w pierwszej chwili wziąłem za jakiegoś małego drapieżnika.

Bardzo ufny był dzięcioł kalifornijski, Nuttall’s Woodpecker, którego najbliższym europejskim krewniakiem jest dzięciołek. Miałem drobny kłopot z identyfikacją, bo łudząco podobny jest dzięcioł pasiasty – nie występuje tak blisko wybrzeża. Bardzo pomocne narzędzie w takich wypadkach to mapy zasięgu gatunków na portalu ebird.com. Tu mapka z dzięciołem pasistym

Na deser, bardzo apetyczny, ale na zdjęciu maleńki błękitnik meksykański, Western Bluebird, rajsko błękitny ptaszek z piosenki „Somewhere over the rainbow”. Sfotografowany w miasteczku Orange.

Wszystkie miejsca, które odwiedziłem w czasie tych trzech dni były w zasięgu transportu publicznego, nie byłem w żadnym ze słynnych parków narodowych, nie widziałem sekwoi, ale mam poczucie, że przynajmniej musnąłem zupełnie osobny wszechświat amerykańskich ptaków. Gatunki, które już widziałem na Kubie i te znane nam z Europy (szpaki, wróble, rybitwy wielkodziobe, bernikle kanadyjskie itd.) pominąłem. Chciałem gorąco podziękować kolegom z grupy @Birding California za pomoc w oznaczeniu gatunków!

Dodaj komentarz