Kindzmarauli-saperavi, czyli gruzińskie zaklęcia

W sierpniu byłem w Gruzji. Nie jest to może najświeższa wiadomość, ale nie miałem czasu, żeby coś o tym napisać – przez kolejne pół roku kończyłem książkę. Skoro „Książka o śmieciach”, już złożona i gotowa, ale czeka na lepszy czas niż kwarantanna, może warto wrócić do wakacji.

Nie czuje się w siłach żeby dokonać jakiejś uczonej syntezy kultury gruzińskiej. To były zwykłe wakacje, bez harmonogramu, dużo szwendania się po mieście, dwa wypady w góry. Proszę nie mieć mi za złe, że opisy dość niedbałe. Popatrzmy na zdjęcia ( i muzyczkę można puścić).

Tbilisi: chaczapuri, saperawi, Pirosmani, chinkali, Paradżanow, kindzmarauli, Stalin.

Jedzenie wszędzie doskonałe, proszę tylko omijać to jedno parszywe miejsce, gdzie wszystko jest nie tak.
Koniecznie wspaniały bazar Dezerter, szwarcmydłopowidło.

Klasyczne poradzieckie rozpierduchy, blaszane garaże na podwórkach, wymęczone łady z worami pod oczami i raptem nagle jakie ślady dawniejsze. Pomieszanie kaukaskiego orientu z sowietem jest szalenie fotogeniczne ale ja mam tylko jeden, niezbyt wydolny obiektyw 40 mm, którym nie fotografuje się architektury.
A i proszę darować sobie Georgian Museum of Fine Arts (ten obraz poniżej to chyba nie stamtąd).

Bezpańskie psy i dużo tablic. W Gruzji jest widocznie wiele zasłużonych ludzi.

Za domem kończyło się miasto. Dosłownie. Było tylko wzgórze porośnięte kolczastymi krzakami i sosnami. Ptaków niewiele, słyszałem je głównie, kiedy wpadał z wizytą krogulec. Za to owadów, owadów było sporo.

od lewej od góry: Calliptamus sp. (ozn. Szymon Czyżewski), modliszka sp., jakiś skalnik, pluskwiak nieznany, motyl nieznany, paź żeglarz, skakun sp., ważki niewątpliwie., Oedaleus sp. (ozn. Szymon Czyżewski)

Obowiązkowo rejon Kazbeku. To stosunkowo niedaleko Tbilisi, a góra 5054 npm. to jednak już pozaeuropejskie przeżycie. Podczas naszej wizyty raczyła się schować w chmurach. Pięknie prezentowała się za to góra Shani. Niestety zapomniałem sfotografować. Proszę za to konik z okolicy Juty.

Kierowca, Gocza, zainstalował nas u swojego kolegi Soso. W Hotelu Soso. Doświadczyliśmy tu tej słynnej gościnności, od której bolą równocześnie żołądek i wątroba.

Wreszcie była przyroda.
Okolice Juty. Bez widoczków.

od góry, od lewej: jakaś dostojka, jakiś strzępotek (ozn. Hubert Stelmach), górówka medea (?), jakiś niepylak, płochacz halny i Psorodonotus sp. (ozn. Szymon Czyżewski)

Następnego dnia pogoda trochę siadła, wybraliśmy się do doliny Truso. Motyle nie przepadają za deszczem, pokazało się za to sporo ptaków. W niemal każdym zagajniku gardło zdzierała świstunka kaukaska – jej śpiew jest całkiem podobny do piosenki dość rzadkiego w Polsce wójcika.
Poza tym pokazały się wielkie drapieżniki – orzeł przedni, orłosęp, sępy płowe. Kiedy przestało kropić, gdzieś ze skalnych półek przyleciały jerzyki alpejskie i wypełniły dolinę głosem co przypominał mi rzężenie paska klinowego.
Tu też zobaczyłem nowy dla siebie gatunek – kulczyka królewskiego. W pierwszej sekundzie pomyślałem, że to makolągwy, kiedy stadko zerwało się z rosnących na pastwisku ostów.

od góry, od lewej: dudek oczywiście, dolina Truso, orzeł przedni, orłosęp, pasterz i owieczki (coś w końcu trzeba napisać, żeby zdjęcia się nie pomyliły), kulczyk królewski, jerzyk alpejski, święty Jerzy (patron Gruzji)

Pod koniec wyjazdu wyskoczyliśmy do Lagodechi, pod granicą z Azerbejdżanem, niby też góry, ale niższe i jakieś takie tropikalne. W ogródkach rośnie kiwi. W każdym gospodarstwie stoją ule, a po niebie ganiają żołny. Upał nie od wytrzymania. Ale te lasy, lasy są obłędne.
Z Lagodechi związany był Ludwik Młokosiewicz, podróżnik, botanik, zesłaniec (klasyczna polska triada) i leśnik, który uważany jest za założyciela tutejszego rezerwatu (czy może raczej Parku Narodowego). Można tu zobaczyć m.in. cietrzewia kaukaskiego (Tetrao mlokosiewiczi). Kiedyś tu wrócę, żeby opisać tę historię dokładniej.

Nas pięcioro, żołna, mchy lagodeskie, żołna, chaszcze lagodeskie, jaszur jakowyś, liście lagodeskie, pan kierowca.

Dodaj komentarz