W poszukiwaniu aparatu doskonałego (dla mnie)

Prawie każdy kto obserwuje przyrodę chciałby czasem mieć jakąś pamiątkę po swoich przygodach. Światło zmierzchu nad Soliną, klucz kormoranów co się splątał, czy krogulca, który na naszych oczach zeżarł kosa na osiedlowej uliczce. W końcu przychodzi moment kiedy większość z nas zadaje sobie pytanie: w jaki sprzęt fotograficzny zainwestować?

Chętnie podzielę się wynikami swoich zupełnie nieprofesjonalnych i trochę chaotycznych poszukiwań. Parę dobrych lat temu kupiłem sobie mały aparat. Wielkości portfela. Sony HX50. I długo mi wystarczył – miał potężny zoom, nosiłem go zawsze przy sobie, zdjęcia siedzących ptaków w dobrym świetle robił przyzwoite. Niestety nie mogę już dłużej ignorować jego wielkich słabości – mikroskopijnej matrycy, powolnego włączania, niezbyt celnego autofocusa i ciemnego obiektywu. A przede wszystkim braku wizjera. Brak wizjera to największy grzech – bez wizjera nie sposób zrobić zdjęcia ptaka w locie.

Jeżeli chce się mieć wizjer, lepszą matrycę i obiektyw to można się pożegnać z kieszonkowym rozmiarem. Nie chcę mieć już aparatu kompaktowego z dużym zoomem, choć nowe modele podobno nieźle sobie radzą (Nikon P900). Aparat kompaktowy zwykle słabo sobie radzi z wyższym ISO (czułością), które jest niezbędne do fotografowania w słabszych warunkach oświetleniowych (las, pochmurna pogoda). Aparat kompaktowy ma zwykle małą matrycę, wycięcie kadru ze zdjęcia będzie się często wiązało z tragicznym spadkiem jakości i rozmyciem konturów. Celność śledzenia poruszającego się obiektu przez autofocus jest nędzna.

Wygląda na to, że póki co zostaje lustrzanka albo tzw. bezlusterkowiec. Myślałem o bezlusterkowcu Lumixa i obiektywie 100-300, bo gdzieś czytałem, że są fajne, może nie wybitne, ale zupełnie akceptowalne i nierujnujące. Niestety nie bardzo miałem (i dalej nie mam) od kogo pożyczyć takiego sprzętu. Kiedy planuje się wydać 6 tysięcy to warto się upewnić czy jesteśmy na dobrym tropie.

Pan Leszek zaoferował pomoc i swoją starą lustrzankę. Miałem tremę, bo zdjęcia aparatem z wymiennym obiektywem robiłem ostatnio w liceum i dawno zapomniałem o co chodzi z tymi pokrętłami. Moje kolejne aparaty myślały za mnie. Spotkanie po latach z poważnymi, dużymi, ciężkimi aparatami jest przykrą lekcją pokory. Z lustrzankami nie ma żartów, tu trzeba myśleć, planować i korygować. A przede wszystkim trzeba dźwigać… I dobrze się na czymś oprzeć, bo nawet obiektyw ze stabilizacją nie lubi strzelania z ręki. Zdjęcia robione aparatem Canon 50d z obiektywem 70-200/f 2.8 (+ konwerter 1.4) szczególnie pierwszego dnia były po prostu okropne. Okropne. Dzięcioł minimalnie ratuje honor.

Ale gdyby nie lustrzanka, na pewno nie zrobiłbym dokumentacji lecącej nad Wisłą uhli, jak dotąd jedynej widzianej w tym roku w Warszawie.

Nazajutrz było jeszcze gorzej. Zupełnie nie potrafiłem wykorzystać światła słonecznego dnia.

Parę dni później kolejna wyprawa nad Wisłę, tym razem z obiektywem 100-400, i kilka ciemnych zaszumionych zdjęć, ale wyciągnąłem wnioski – zmiany ISO i czasów stosownie do warunków.

Jak to dobrze, że pan Leszek pożyczył mi swój sprzęt – bez tego nie dowiedziałbym się przecież że zwykły pasek na szyję to nie dla mnie – zestawy które niosłem ważyły ok. 2 kilogramy. To bardzo niewygodny ciężar, kiedy rozkłada się na podłużnej rurze obiektywu, która cały czas obija się o biodro czy brzuch. A więc przede wszystkim warto kupić uprząż mocowaną do spodu korpusu czy obiektywu, uprząż którą można przewiesić przez pierś. Tak jest lżej i wygodniej, chociaż wciąż trudno zapomnieć o dyndającej lustrzance.

Dowiedziałem się też, że nie lubię dźwigać – ja lubię chodzić, szwendać się, a nie podnosić ciężary. Nie chcę żeby przyszły aparat zmuszał mnie do skracania spacerów.

Moje niezbyt udane zdjęcia wzruszyły widocznie Przemka, bo zaoferował, że pożyczy mi swój bezlusterkowy zestaw Fuji X-T2 z obiektywem 100-400/f 4.5-5.6. I wytoczył takie argumenty za systemem bezlusterkowym:

  1. rozmiar bezlusterkowców – są mniejsze. Ale powiedzmy, że to nie jest najważniejsze, choć dla ciebie powinno, z tego co pisałeś (choć obiektyw nie musi być mniejszy).

  2. mniej wibracji, cichsze, co czasami ma znaczenie przy fotografowaniu przyrody.

  3. NAJWAŻNIEJSZE. Electronic viewfinder. wiem, że są ludzie, którzy się będą upierać, że lustrzanki to samo dobro, bo widzisz to, co widzi ludzkie oko. Dla mnie i chyba wszystkich, którzy pracowali z takim wizjerem – nie ma powrotu. To jest genialne po prostu widzisz dokładnie to, co uzyskasz na zdjęciu. Możesz dokonać poprawek ZANIM zrobisz zdjęcie, szczególnie korektę ekspozycji. Do tego możesz korzystać z różnych usprawnień, jak focus peaking, dynamiczny histogram itd”.

Przemek cierpliwie wytłumaczył mi jak to wszystko działa i w paskudny styczniowy dzień polecił użyć dwóch trybów – ptaki siedzące (niższe ISO, do 800 i czas do 1/800) i ptaki lecące (ISO od 1600, migawka od 1/2000). Dzień był pochmurny i bardzo zimny. Ostrzegano mnie, że bezlusterkowce nie radzą sobie z ptakami w locie, ale na moje skromne potrzeby jakość jest bardzo przyzwoita.

 

Wracałem już do domu, kiedy przy przystanku przysiadł dzięcioł białoszyi. Tak powstało moje najbardziej udane zdjęcie tego dnia.

W nocy przyszła odwilż i nad Warszawą zawisła opona jeszcze ciemniejszych chmur i smogu. Wybrałem się nad Wisłę, tylko tam mogłem liczyć jakiekolwiek światło. Przemek miał rację, fotografowanie Fuji sprawia ogromną frajdę – wizjer w jego aparacie jest kapitalny, histogram podpowiadał mi na ucho jak nie schrzanić ujęcia. Mam wrażenie, że przez 2 godziny nauczyłem się sporo o fotografowaniu. Udało mi się zrobić parę naprawdę dobrych (ale nie, że jakichś artystycznych) zdjęć przelatujących cyraneczek. Aparat ostrzy błyskawicznie, a ostrość, szczególnie statycznych obiektów, jest żyletkowa. Cały zestaw jest też wyraźnie lżejszy niż lustrzanka Canona.

Następnego dnia dałem szansę Canonowi. Pogoda była wciąż okropna, a body starszego typu umożliwia robienie zdjęć ptaków z ISO nie przekraczającym 800. Mogłem zapomnieć o dynamicznych ujęciach, wybrałem więc model drepcząco-pływający. Zdjęcia rożeńca na Zalewie Służewieckim wyszły trochę za ciemne ale zadowalające. Model był cierpliwy i nie wykonywał gwałtownych ruchów. Fuji nauczyło mnie już jak dobierać czasy. Niestety wciąż nie rozgryzłem, gdzie Canon kryje korektę ekspozycji, która z pewnością przydałaby się przy tych zdjęciach.

Kolejny dzień znowu wyglądał niewyraźnie, ale postanowiłem zrobić użytek z monopoda i przećwiczyć go z Canonem. Tym razem w lesie, z zalegającym, mylącym optykę, bo odbijającym światło śniegiem. Aparat z monopodem ma jaką zaletę, że można go zarzucić na ramię jak lunetę. Na początku celowanie sprawiało mi nieco kłopotu, ale stabilizacja obrazu jest nieporównanie lepsza. Bez monopoda zapewne wszystkie zdjęcia byłyby ruszone. Po jakiejś godzinie chodzenia natrafiłem na kilka raniuszków, które chowały się w gąszczu. Na trybie ostrzenia manualnego udało mi się zrobić jedno zadowalające zdjęcie.

Chwilę później, nad Wisłą natknąłem się na bielika, ale w kluczowym momencie, gdy zanurkował po rybę trochę się pogubiłem z ustawieniami. Czas 1/320 to zdecydowanie za mało na lecącego ptaka. Skorygowałem ustawienia, kiedy mogłem wyostrzyć już tylko jego kuper.

Po tych kilku dniach doszedłem do ostrożnych wniosków: Canon jest bardzo szybki, chyba odrobinę bardziej intuicyjny i łatwiejszy w obsłudze (chociaż specjalnie nie zagłębiałem się w menu). Przełączanie wszystkiego jednym pierścieniem jest zwyczajnie wygodne. Ostrzenie jest błyskawiczne. Trudno jednak o dobre zdjęcia bez monopoda (przy ISO do 800).

Fuji z kolei ma trochę lepszą stabilizację, jest lżejszy, ale AF gorzej sobie radzi z poruszającymi się obiektami (może to jednak kwestia pogrzebania w ustawieniach). Dwa pokrętła na górze korpusu są niezbyt wygodne, kiedy trzeba szybko zmieniać ustawienia z aparatem przy oku, ale fotografowanie nim jest po prostu przyjemne. Bardzo przydaje się histogram i focus peaking. Mój entuzjazm studzi nieco cena – Fuji X-T2 z obiektywem 100-400 to wydatek ok. 14 tysięcy.

Dziś zabrałem Fuji na Zimowe Ptakoliczenie i w koszmarnej mgle nawet nie próbowałem celować do lecących ptaków. Zrobiłem w miarę poprawne dokumenty grubodzioba i dzięcioła dużego. Po południu, napotkałem w żoliborskim łęgu stadko czeczotek (niestety AF gubił się w ciemnym otoczeniu i musiałem ostrzyć manualnie). Akceptowalne jest tylko jedno, niedoostrzone zdjęcie czeczotki ponieważ na placu mojego pleneru fotograficznego pojawił się nieoczekiwanie krogulec, który rozgonił całe towarzystwo. Czeczotka uniknęła o włos śmierci (ostrość niestety na nawłoci).

Krogulec przysiadł, znieruchomiał, odczekał chwilę…



I uderzył…
Tym razem odleciał ze zdobyczą w szponach.

CDN…

5 Replies to “W poszukiwaniu aparatu doskonałego (dla mnie)”

  1. nikon d500 +nikkor 200-500 lub tamron 150-600 nawet ten starszy. Proponuje postudiowac najpierw obsluge body, ustawic odpowiednie parametry AF, strzelac w manualu z auto iso i z pewnoscia zamknie sie pan w kwocie mniejszej niz za fuji a efekty beda o niebo lepsze.

    1. Oj ten Tamron jest wielgaśny.
      A zestaw Nikon + Nikon w cenie Fuji.
      Ale dzięki za radę. Chętnie bym potestował gdybym miał jak i gdzie 🙂

    2. Zdaje mi się, że efekty na Fuji też mogą być niezłe, tylko ja nie bardzo umiem robić zdjęcia 🙂

  2. W zeszłym miesiącu wyszedł tamron 100-400 w cenie do 3.5 tysiąca i ma bardzo dobre recenzje odnośnie pracy af jak i ostrości. No i jest o niebo lżejszy.

    1. Wiem, widziałem, ale te Tamrony jakoś mnie nie przekonują. Kilka osób narzekało, że są awaryjne…

Dodaj komentarz